zmiana projekt południe

Zmiana zawsze jest początkiem

Czasami zastanawiam się, gdzie właściwie ta historia ma swój początek. O wyjeździe wiedzieliśmy już w momencie, gdy zdecydowałam się zostawić pracę w zawodzie. Myślę jednak, że zaczęło się to dużo wcześniej. Ktoś musiał uświadomić mi, że są sprawy, na które nie mam wpływu. Na pocieszenie okazało się, że więcej jest takich, które mogę wziąć we własne ręce. I to na nich powinnam się skupiać. Być może właśnie to sprawiło, że odważyłam się zanieść wypowiedzenie.

Muszę przyznać, że chyba jeszcze nigdy nie czułam się tak wolna, jak w momencie, w którym schodziłam po schodach przychodni kilka minut po zostawieniu wypowiedzenia w sekretariacie. Oczywiście, przed tamtą chwilą i wiele razy po niej doświadczałam różnych rodzajów wolności. Ale wtedy był to prawdziwy przełom. Może powodem było to, że uczuciu temu towarzyszyło dziwne podekscytowanie pomieszane z lekkim stresem. Był to w końcu moment, od którego wszystko miało się zmienić i być nowe – praca, miejsce zamieszkania, tryb życia. Miałam też nauczyć się patrzenia w przyszłość nie dalej niż rok. A ja nie do końca wiedziałam, czy w ogóle będę umiała się w tym odnaleźć.

Dlaczego właśnie rok? Ponieważ właśnie tyle czasu daliśmy sobie na przygotowanie się do wyjazdu. Konieczne było spełnienie trzech warunków – ustabilizowanie sytuacji zawodowej, uzbieranie wystarczającej ilości pieniędzy, zakup samochodu. Później zostało już tylko pakowanie się, pożegnanie z najbliższymi i wyruszenie w drogę. Czy było łatwo? Nie. Każdy z tych etapów miał w sobie coś trudnego, co sprawiało, że pojawiały się wątpliwości. Poza tym przygotowania wiązały się z naprawdę ciężką pracą. Niejednokrotnie wymagały wychodzenia ze strefy komfortu, rezygnowania z wolnego czasu i odmawiania sobie wielu rzeczy. Myślę, że to wszystko było (i nadal jest) ciągłe uczenie się i praca nad sobą.

Zmiana pracy – rozsądek czy szaleństwo?

Gdy kończyłam studia, miałam w miarę ułożony plan na życie. Pójdę do pracy, zrobię specjalizację, będę pracować w szpitalu, w międzyczasie zrobię kilka ciekawych kursów. Wydawało mi się, że to jest właśnie to, czego chcę. A poza tym nie ma nic lepszego, niż stabilne zatrudnienie i wszystkie benefity z tym związane. Miałam też zakotwiczone, gdzieś głęboko w głowie, przekonanie, że tak po prostu trzeba.

Złożyłam podanie do pracy w moim ulubionym szpitalu i oglądałam mieszkania w jego okolicy. Co się stało, że na propozycję współpracy odpowiedziałam: nie? Nie wiem. Pewnie kierowała mną ta sama siła, która sprawiła, że pewnego kwietniowego dnia po prostu przestałam chodzić na zajęcia w ramach drugiego kierunku, na który się zapisałam. Wróciłam do rodzinnego miasta i zatrudniłam się w jedynej placówce medycznej w okolicy. Takiej opcji nigdy nawet nie brałam pod uwagę. Ale w tamtej chwili w końcu poczułam, że ruszyłam z miejsca.

Sama nie wiem, w którym momencie przestałam być szczęśliwa. Po czasie ciężko jest mi stwierdzić, czy winny był stres, nadgodziny, słaba polityka firmy, a może po prostu uczucie niedopasowania. Czułam się coraz gorzej. Gdzieś w głębi duszy chciałam czegoś innego, czego zawsze starałam się do siebie nie dopuszczać. Nawet wtedy, gdy dużo rozmawiałam na ten temat z P. i codziennie widziałam, jak właściwie żyje moim marzeniem. To on sprawił, że zaszła we mnie zmiana. Nadal jednak brakowało mi odwagi. Pomijając brak wiary w to, że w ogóle mogłoby mi się udać, nie wiedziałam, co tak naprawdę mogłabym robić. Nie byłam gotowa na rozpoczynanie nowych studiów i obszernych kursów. No i na porażkę. Klasyczny przykład tego, jak bardzo się chce, ale znajduje się mnóstwo wymówek.

Punktem zwrotnym był dzień, w którym P. założył mi prostą stronę na WordPressie. Moje założenie było takie, że po prostu będę pisać cokolwiek, dla siebie. Przecież niemal całą podstawówkę i gimnazjum bawiłam się w blogowanie. Spodobało mi się i szybko zaczęłam rozwijać się w tym kierunku. Zrobiłam kurs pozycjonowania, odważyłam się odpowiadać na ogłoszenia ludzi poszukujących copywritera – swoje pierwsze pieniądze z pisania zarobiłam dzięki opisywaniu kawiarek na potrzeby sklepu internetowego. Zarobiłam nieco ponad 300 zł. Całkiem nieźle, ale nadal za mało, żeby móc się z tego utrzymać. Zwłaszcza, że zleceń nie przybywało. Początkowa euforia minęła.

Zastąpiła ją frustracja. Miałam już dość szukania nowych ogłoszeń, odpowiadania na nie, odbierania maili, że przepraszamy, wybraliśmy kogoś innego. Do tego przecież nadal pracowałam na etacie, na dwie zmiany z coraz większą liczbą nadgodzin. Byłam zmęczona. W połowie lipca przyszedł ten moment, w którym postanowiłam dać sobie ostatnią szansę. Nie spodziewałam się, że nie będzie to koniec, ale początek nowego. Po kilku godzinach od wysłania zgłoszenia dostałam nową pracę. Tego samego dnia napisałam też wypowiedzenie z poprzedniej. Nosiłam je w torebce jeszcze przez tydzień, zanim zdecydowałam się zostawić je w sekretariacie.

Wtedy zmiana pracy była szaleństwem. Myślę, że w oczach niektórych nadal jest. Dla mnie była to najlepsza możliwa decyzja, szansa i nowe możliwości. Owszem, były bardzo trudne momenty i nadal się one zdarzają. Wiem jednak, że mimo ogromnego wysiłku, praca zdalna to przywilej. Jestem szczęściarą, bo mogę być tu, gdzie jestem. Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to samo, ale zmiana zaczęłaby się zdecydowanie wcześniej.

zmiana praca zdalna

 

Related Posts

One thought on “Zmiana zawsze jest początkiem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *