wschód słońca pecz
BLOG MIEJSCA PECZ

Wschód Słońca na Nike

Tamtego piątku postanowiliśmy nie spać całą noc. Był to nasz przedostatni weekend w Peczu, temperatura była nadal wysoka, jak na połowę października. Nawet po zachodzie słońca. W głowie była tylko jedna myśl – przeżyć coś inaczej niż zazwyczaj. I chyba się udało. Chociaż, kiedy to wspominam, wszystko wydaje się takie odległe.

Na ten pomysł wpadliśmy podczas pierwszej wycieczki na Nike-szobor. Pięknie widać stamtąd część miasta i długo, długo nic. A może by tak herbata o wschodzie słońca? Nieee… Parę razy już się nie udało, mimo naprawdę szczerych chęci i sprzyjających warunków (pod namiotem, podczas nocy w aucie, na porannej wycieczce rowerowej…). Nie chciałam się nastawiać. Ale Pecz to co innego.

wschód słońcaMiasto nocą jest magiczne. Na początku pełne ludzi, którzy wybrali się na główny skwer, aby raczyć się kolorowym drinkiem. Tamtego piątku wydawało nam się, że wszystkie knajpki są za ciasne. Nie było żadnego podziału, zabawa przeniosła się na ulice. Przechodząc przez tłum, momentalnie czuliśmy się inaczej. Muzyka i gwar rozmów nie pozwalały się nie uśmiechać. Ale później, po kilku krokach i weszliśmy w jedną z uliczek i znowu było cicho.

Imprezowanie nie było naszym celem. Szliśmy bez ustalonego planu. Przechodziliśmy przez te wszystkie ciasne uliczki, obserwowaliśmy ludzi na Placu Szechenyiego, zeszliśmy nim w dół na ulicę Rakoczi, a później znów w górę na Kalwarię i ten mały, biały kościół, który stoi tak wysoko. Światła miasta po północy prezentują się zupełnie inaczej. Z góry można zgadywać, dokąd jadą samochody i czy nasz dom jest tam, czy może bardziej w lewo. Jest cisza, nie ma ludzi i doświadcza się trochę inaczej. Chyba właśnie wtedy w Peczu czułam się najlepiej.pecs nocą

Parę godzin później w miejscu, w którym impreza trwała w najlepsze nie zostało nic. Tylko puste szklanki, poodkładane, gdzie popadnie i roztłuczone szkło. Dziwne uczucie zobaczyć plac zawsze pełen ludzi, zupełnie pusty. Wróciliśmy do domu, leżeliśmy na kanapie i przez kolejne kilka godzin słuchaliśmy muzyki.

O mały włos wschód Słońca znowu by nie wyszedł. Każdy wie, jak silne przyciąganie ma kanapa, szczególnie nad ranem. Skutkiem przeciągającej się chwili wątpliwości był poranny jogging – musieliśmy dotrzeć w niecałe 10 minut w miejsce, do którego normalnie idzie się ponad pół godziny. Szybki krok, zadyszka, niecierpliwość na czerwonym świetle, jedyna chwila na oddech, bieg pod górę, chęć złapania stopa, przeklinanie siebie za ubranie za ciepłej kurtki, chwila zwątpienia i rozważanie powrotu, znowu bieg, brak sił. Na ostatnie schody do Nike weszłam chyba na kolanach, mimo nie takiej najgorszej kondycji. Ale udało się. I wszystko, co przed chwilą przestało być ważne.

Na początku napisałam, że miasto nocą jest magiczne. Ale bardziej magiczne jest wschodzące Słońce. Jest w tym coś, czego nie można opisać  – bo zawsze wychodzi ckliwy banał. To był jeden z tych dni, kiedy lepiej przeżyć coś, niż obejrzeć o tym film.

Wschód Słońca, zielona herbata i Pecz pod nami.

2 thoughts on “Wschód Słońca na Nike”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *