Plan wydawał się dosyć prosty. Spakujemy wszystkie rzeczy do samochodu i pojedziemy na południe. Muszę przyznać się przed samą sobą, że na początku nie traktowałam naszych zamiarów poważnie. Nie w tym sensie, że nie starałam się ich zrealizować. Raczej nie do końca potrafiłam uwierzyć, że uda nam się osiągnąć to, czego chcemy. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana – nie chodziło o nasze umiejętności, determinację czy możliwości. Wyjazd i związane z nim życiowe zmiany były dla mnie czymś, o czym do tej pory tylko czytałam w książkach. Dla potwierdzenia – ledwo pamiętam pierwszy dzień na Krecie, w tak dużym szoku byłam.

Na początek podjęliśmy decyzję o miesięcznym wyjeździe na południe Węgier, a stamtąd na Kretę, żeby w przyjemnych okolicznościach przeczekać zimę. Nie chcieliśmy planować niczego więcej – uznaliśmy, że lepiej będzie, gdy to wyjdzie samo. Poza tym woleliśmy uniknąć nakładania na siebie zbędnych ograniczeń, co miało swoje plusy i minusy – na pewno nie robilibyśmy wtedy drzewka decyzyjnego na temat tego, czy zostać na Krecie dłużej; nie oglądalibyśmy domów na sprzedaż; nie zmienialibyśmy decyzji każdego dnia.

Skąd się to wzięło? Na Krecie żyje się bardzo przyjemnie. Ciężko jest mi to ubrać w słowa – jest natura, góry, morze, mili ludzie, pyszne jedzenie, mnóstwo pięknych miejsc do zobaczenia i dosłownie nic się nie dzieje. Z każdej strony dociera wszechogarniający luz, czy siga siga, jak mówią miejscowi. Moim argumentem była jeszcze chęć zobaczenia kreteńskiego lata i szczytu sezonu – kluczowa kwestia, gdybyśmy zdecydowali się zostać tutaj na dużo dłużej niż kilka miesięcy.

Z drugiej strony – pewnie gdzieś tam jest miejsce, w którym żyłoby nam się jeszcze lepiej. Szkoda zamykać się na coś nowego przy naszych możliwościach. Dlatego jako alternatywne wyjście wybraliśmy schemat: Słowacja-Polska-Niemcy-Francja-Włochy-Portugalia. Wszystko rozciągnięte w czasie tak, aby kolejną zimę znowu spędzić w ciepłym i przyjemnym miejscu. Prawdopodobnie to dałoby nam szerszy pogląd na to, gdzie i kiedy zechcemy zamieszkać na dłużej.

Decyzji nie podjęliśmy jednak sami. Zdecydowała za nas sytuacja na świecie, zamknięte granice, zakazy przemieszczania się, ograniczenia dotyczące opuszczania domu. Wszystko potoczyło się szybko. W jeden piątek pracowaliśmy z kawiarni i szwędaliśmy się po mieście, a od następnego nie wychodziliśmy już poza teren naszego ogrodu. Pojawiło się wiele obaw i wątpliwości. Nie tylko tych związanych ze zdrowiem. Wszystkie plany, które gdzieś tam układaliśmy sobie razem stanęły pod znakiem zapytania. Cały czas staram się myśleć pozytywnie, a może nawet znaleźć w tym jakiś sens.

Zdarza się, że zapominam o tym, co się dzieje. Mieszkam na wsi, pracuję zdalnie, a moi sąsiedzi są ode mnie oddaleni na tyle, że czasami w ogóle ich nie widuję. Ostatnio siedziałam w samochodzie i zastanawiałam się, czy założyć maseczkę przed wejściem do sklepu – miałam takie głupie wrażenie, że wszystko się już skończyło i będę jedyną osobą ubraną w ten sposób. Niestety.

W całej Grecji, a zwłaszcza na Krecie, nie ma zbyt wielu przypadków. Nie chcę się zastanawiać, czy to zasługa wcześnie wprowadzonego lockdownu czy małej ilości testów. Wolę cieszyć się z plotek, że w maju prawdopodobnie wszystko wróci do względnej normalności. Od ponad miesiąca zamknięte są wszystkie restauracje, kawiarnie, hotele, bary, szkoły, kościoły, sklepy, a nawet publiczne plaże. Możemy wychodzić wyłącznie w celu zrobienia zakupów, do lekarza, apteki lub na krótki spacer niedaleko domu. Wcześniej musimy napisać sobie przepustkę lub wysłać SMS pod specjalny numer. Żyjemy względnie normalnie. Z szeregiem obaw z tyłu głowy.

Czasami zastanawiam się, co zrobię, gdy to wszystko się skończy. Pomysłów jest dużo. Myślę, że tak naprawdę dopiero okaże się, czego nam najbardziej brakuje, a co nie jest w ogóle potrzebne. Jedno wiem na pewno – będę starać się o adopcję psa, o której myślę już od dawna. A kwarantanna pokazała mi tylko, że zbyt długo się zastanawiałam.

pies