Pierwszym celem naszej podróży był Pécs w południowych Węgrzech. Najdalej byłam w Budapeszcie, dlatego ucieszyłam się, że będę miała okazję poznać ten kraj z perspektywy mniejszego miasta. W takich życie jest nieco bardziej spokojne, a to pozwala wolniej, a więc trochę inaczej chłonąć kulturę, atmosferę i smaki danego miejsca.

Długo zastanawiałam się, co napisać o Pécs. Kilka razy zmieniałam ten tekst, szukałam w sieci ciekawostek, dodawałam fakty historyczne. Ale zdałam sobie sprawę z pewnej ważnej rzeczy – gdyby ktoś zapytał mnie, co można zwiedzić w tym mieście, po prostu wysłałabym go na spacer, przed siebie, bez ustalonej trasy. Przynajmniej raz w dzień i raz w nocy. Myślę, że tylko w ten sposób można naprawdę poczuć atmosferę tego miejsca i zrozumieć, dlaczego tak trudno jest przestać o nim myśleć. Przy całym moim zachwycie nad Budapesztem wiem, że od teraz będę go omijać, wydłużać swoją podróż o jakieś 200 kilometrów w dół, po to, by znów spacerować ulicami Pécs.

Apartament, w którym zatrzymaliśmy się na cały miesiąc mieści się w kamienicy na Szent Mór utca przy głównym placu. Myślę, że to właśnie możliwość przechadzania się tamtędy codziennie, miała ogromny wpływ na to, że tak szybko zakochałam się w Peczu. Przez kilka pierwszych dni byłam tak oczarowana, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Zamiast sięgać po aparat, wolałam chłonąć jak najwięcej szczegółów, rozglądać się dookoła i starać zapamiętać, dokąd prowadzą te porozrzucane wszędzie uliczki.

Plac Széchenyiego

peczKażdy mój spacer zaczynał się od starówki. Właściwie gdziekolwiek nie szłam, starałam się przejść po ulicy Király. Jest ona bardzo długa, a po obu jej stronach znajdują się kawiarnie i knajpki. Zapach świeżo mielonej kawy, kamienice, gwar studentów i uliczni grajkowie, charakterystyczny starszy pan, który sprzedawał kosze. Chyba nigdy by mi się to nie znudziło. Nawet, gdybym została w Peczu na stałe.

Z Szent Mór utca trzeba skręcić w prawo, w ulicę Király, żeby dojść na Plac Széchenyiego (tak naprawdę w jego stronę biegnie jeszcze 12 innych ulic). W średniowieczu był tu targ miejski. Obecnie jest to miejsce spotkań, przerw na kawę i wieczornego wina. W samym centrum znajduje się jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Peczu, czyli meczet Gazi Kasima Paszy, który teraz funkcjonuje jako kościół katolicki. Prowadzą do niego schody, na których można usiąść i poczytać książkę lub po prostu obserwować, co dzieje się na placu.
Niżej, po lewej stronie jest ratusz, który robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza, gdy jest oświetlony. Ale zaraz za nim jest coś, co spodobało mi się chyba najbardziej na całym placu Széchenyiego – Pałac Loranta, który w rzeczywistości nie jest żadnym pałacem, a po prostu kamienicą. Od przodu wydaje się niewielka, widać tylko jej róg, a na dole jest apteka. Ale wystarczy przejść się wzdłuż jednej ze ścian, aby przekonać się, że budynek jest ogromny, potężny, z dużymi oknami i pięknie zdobioną fasadą. Po prawej stronie od Meczetu Gazi Kasima Paszy stoi gimnazjum, a także Urząd Komitacki. Nie ma drugiego tak bogato ozdobionego budynku na placu Széchenyiego. Wszystkie ceramiczne ozdoby, które się na nim znajdują zostały wykonane w miejscowej fabryce Zsolnay, która też jest ciekawą opcją na spacer.

Lubiłam przechodzić przez Király utca i plac Széchenyiego w każdą stronę. Kręcić się, błądzić, wchodzić w uliczki. Za każdym razem zauważałam coś nowego – ciekawą kamienicę, piękne drzwi (bo muszę przyznać, że drzwi w Peczu są naprawdę piękne), sklepik, którego, mogłabym przysiąc, wcześniej nie było. Dzięki temu nawet zwykłe wyjście po bułki zamieniało się w naprawdę przyjemny spacer.

Pecs

pecs

pecs

Za placem Széchenyiego

Za Meczetem można pójść w lewo, jeżeli chce się dojść do Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła (Pécsi Bazilika). Ma ona charakterystyczny biały kolor, cztery wieże i jest wybudowana w stylu romańskim. Za nią znajdują się posągi wszystkich dwunastu apostołów, a tuż pod nią wczesnochrześcijańskie katakumby, do których można wejść. Niestety, sama katedra akurat w październiku i listopadzie była zamknięta z powodu remontu. Nie lubię zwiedzać kościołów, ale trochę żałuje, bo jej wnętrze jest naprawdę ciekawie i bogato zdobione. Spod katedry warto odbić  trochę w lewo, przejść się obok fontanny i zobaczyć Barbakan. Przy nim znajduje się ulica Stefana Batorego, taki miły polski akcent.

Opeczd meczetu w prawo można dojść na dwa punkty widokowe. Te najbliżej centrum, bo kawałek dalej jest ich tylko więcej – trzeba wiedzieć, że Pecz daje niepowtarzalną okazję obejrzenia go z góry z niemal każdej strony i wysokości. Pierwszy z nich to Calvary Hill. Niewymagające wejście, kilka schodów i Nyolc Boldogság kilátóterasz, czyli taras widokowy, z którego można zobaczyć starówkę. Nieco dalej jest Church of Our Lady of the Snows (Havas Boldogasszony-templom). Tutaj jest bardziej stromo, ale to, co można zobaczyć, wynagradza cały trud. Ze wzgórza dobrze jest zejść drugą stroną, prosto w ruiny Tettye, renesansowego pałacu, a stamtąd powoli na starówkę.

Właśnie w tej okolicy znajduje się jedna z moich ulubionych dzielnic Peczu. Wąskie, strome ulice z domami ulokowanymi po każdej stronie. Dużymi, małymi, starymi, nowymi. Często chodziliśmy tam z P. i wybieraliśmy ten, w którym najbardziej chcielibyśmy zamieszkać. Można było się tam zgubić i wyjść w naprawdę zaskakującym miejscu.

Dworzec kolejowy

Zdecydowanie trzeba też oddalić się od starówki i wejść w zwykłe miasto. Tam, gdzie są zwykłe ulice, sklepy, bloki, szpitale. Po paru krokach można odnieść wrażenie, że jest się w zupełnie innym miejscu. Może nie tak ładnym, ale mającym taką samą atmosferę. Na szczególną uwagę zasługuje dworzec kolejowy. Poszliśmy tam wieczorem, właściwie tylko po to, żeby zmienić trasę codziennych spacerów i zobaczyć, dokąd możemy pojechać pociągiem z Peczu. Sam dworzec znacząco odbiega standardem od stacji, które oglądaliśmy w Polsce. Wiele do życzenia pozostawiały też lokomotywy i wagony – kiedy to widzieliśmy, zaczęliśmy doceniać PKP. Jednak duże wrażenie robi sam budynek dworca. Został otworzony w 1898 roku i chyba poza powieszeniem tablic z aktualnym rozkładem – nic się w nim nie zmieniło.

A za miastem…

tv-toronyOpcją na dłuuugi spacer za miastem jest wejście na TV-torony. Co prawda można dostać się pod same drzwi autobusem miejskim, który odjeżdża z centrum miasta. Ja i P. należymy jednak do tych osób, które czerpią dużą satysfakcję z pieszych wycieczek, zwłaszcza, gdy większość czasu spędza się na łonie natury.

Tv-torony, czyli wieża telewizyjna jest charakterystycznym punktem w Peczu. Została wybudowana w 1973 roku. To najwyższy budynek na Węgrzech. Ma wysokość 197 metrów i usytuowana jest na szczycie Misiny (535 metrów nad poziomem morza), jednej z gór pasma Mecsek. Za 1100 forintów na osobę można wjechać na taras widokowy, który znajduje się na 75 piętrze. Pod nim jest restauracja serwująca obiady, desery i kawę. Ja po wyczerpującej wycieczce nie mogłam odmówić sobie kawałka brownie i mrożonej kawy. Nie wiem, czy były naprawdę pyszne, czy to widok zza okna potęgował ich smak. Zaskoczył mnie fakt, że restauracja w TV-torony ma niskie ceny (jak na miejsce typowo turystyczne). Przyjemność nie kosztowała wcale więcej niż w kawiarniach na starówce.

Żeby dojść do TV-torony z miasta. trzeba kierować się na ZOO, a stamtąd już wejść na szlak. Droga jest naprawdę dobrze oznaczona, dlatego zgubienie się tam to wyczyn. W niektórych momentach jest stromo i sporo pod górkę, jednak nie trzeba być sportowcem, żeby tego dokonać (jestem chodzącym przykładem). W nagrodę dostajemy ciszę, spokój, las i piękne widoki.tv toronytv torony

W Peczu można znaleźć mnóstwo naprawdę ładnych i interesujących miejsc, muzeów, placów, uliczek, kościołów, meczetów, łaźni (a raczej pozostałości po nich), kawiarni. Żeby zwiedzić wszystkie najważniejsze miejsca, spokojnie wystarczy weekend. Przy dłuższym pobycie warto pokręcić się bez celu. Zaptałam właśnie P., co jeszcze trzeba zobaczyć w Peczu. Odpowiedział: „Nic nie trzeba, tam wszędzie jest pięknie”. Zrozumie to chyba tylko ten, kto był.

pecsPecs wieczorem