Nigdy nie lubiłam załatwiać formalności. Żadnych. Ja czuję lekki stres, nawet wtedy, gdy widzę powiadomienie o nowym e-mailu, a telefonów od nieznanych numerów nigdy nie odbieram. Dlatego konieczność załatwienia różnych spraw związanych z wyjazdem na kilka miesięcy za granicę należała do jednego z wielu wyjść poza strefę komfortu. Przyznam szczerze, że niektóre z rzeczy czekają na zrobienie z nimi porządku do dzisiaj, co zaczyna się na mnie powoli mścić. Ale mam nadzieję, że będzie to motywacją do odpowiedzialnego podejścia i wysłania w końcu kilku listów tam, gdzie ich miejsce.

Od początku było pewne, że będziemy poruszać się samochodem. Głównym powodem był fakt, że musieliśmy wziąć ze sobą właściwie cały dobytek, ponieważ nie mieliśmy własnego mieszkania, w którym moglibyśmy przechować rzeczy do czasu naszego powrotu. Poza tym wierzyliśmy, że dzięki temu zyskamy większe poczucie bezpieczeństwa, możliwość szybkiej ewakuacji w razie potrzeby i po prostu więcej możliwości. Naszym małym marzeniem był van. Nie tylko dlatego, że moglibyśmy dużo do niego zapakować, ale w razie potrzeby też w nim pomieszkać przez jakiś czas, co właściwie zdejmowało z nas wszystkie ograniczenia. Niestety, ceny vanów w dobrym stanie i gotowych na tak długą podróż znacznie przewyższały nasze możliwości. Musieliśmy zmniejszyć nasze oczekiwania i pogodzić się z faktem, że możemy sobie pozwolić co najwyżej na jakieś kombi.

Szukanie samochodu, porównywanie opcji i konieczność podjęcia ryzyka (nikt tak naprawdę nie wie, co faktycznie kryje się pod maską) było chyba najbardziej męczącą częścią przygotowań do podróży. Godziny spędzone na oglądaniu filmików, czytaniu for internetowych, zastanawianiu się i przeglądaniu ofert. Już samo hasło “po pracy pooglądamy samochody” sprawiało, że na siłę wyszukiwałam sobie inne obowiązki. Z drugiej strony nie ma tego złego – gdyby nie to, pewnie nigdy nie dowiedziałabym się tyle o turbosprężarkach, wtryskiwaczach, rozrządzie i momencie obrotowym. A teraz przynajmniej rozumiem, o czym mówi nasz mechanik.

Samochód udało nam się kupić całkiem spontanicznie, na ulicy obok, kilka miesięcy wcześniej niż planowaliśmy. Któregoś dnia kolega podesłał nam ogłoszenie i okazało się, że auto spełnia nasze wszystkie oczekiwania (a nawet ma opcje, o których nie myśleliśmy), a do tego sprzedawca mieszka po sąsiedzku. Przeliczyliśmy pieniądze, rodzice dołożyli nam brakującą część i po kilku dniach staliśmy się właścicielami pięknego Forda Mondeo, z którym (jeszcze w Polsce) przeżyliśmy kilka wspaniałych przygód.

Przed wyjazdem musieliśmy jeszcze przygotować samochód do tak długiej i intensywnej podróży. Woleliśmy uniknąć sytuacji, że musimy szukać mechanika w środku nocy, gdzieś w Macedonii. Zwłaszcza, że (jak się później okazało na Węgrzech) w niektórych krajach części do tego konkretnego modelu Forda są trudno dostępne i trzeba je sprowadzać z Polski. Poza tym mechanicy też niechętnie podejmują się naprawy czegoś, z czym właściwie nie mają styczności na co dzień.

Szukaliśmy mechanika, który po prostu gruntownie sprawdzi silnik i wymieni to, co jest konieczne. Budżet na ten cel mieliśmy dość spory. Problemem okazało się znalezienie warsztatu, który zrobi to, o co prosiliśmy. Kilka razy spotkaliśmy się z reakcją „a po co robić, jak działa”. Dlatego samochód z Zielonej Góry pojechał na remont do Białegostoku. Można popukać się w głowę. Ale tylko tam mechanik powiedział, że trzeba wyjąć silnik i dokładnie sprawdzić, co nadaje się już do wymiany. Poza tym zdobył nasze zaufanie dzięki serii filmików publikowanych na youtube. Po tym ciężko było sobie wyobrazić, że moglibyśmy powierzyć samochód komuś innemu.

Ale tutaj też nie obyło się bez przygód. Zostało 3 tygodnie do wyjazdu, 2 tygodnie, nieco ponad tydzień… a samochód dalej stał na podnośniku. Już drugi miesiąc. A przecież trzeba było jeszcze wymienić opony, zrobić przegląd techniczny, przewieźć kilka rzeczy. Denerwowałam się coraz bardziej. Nie wiem dlaczego, ale przesunięcie wszystkiego chociażby o tydzień oznaczało dla mnie porażkę. A kiedy mieszanka mojego stresu i ekscytacji spotykała się ze stoickim spokojem P. wybuchały naprawdę duże kłótnie. Dzisiaj tak naprawdę już sama nie pamiętam, o co. Jednak ostatecznie udało się. Dokładnie tydzień przed podróżą wyjechaliśmy Fordem z warsztatu.

projekt południeJednym z trudniejszych etapów przygotowań do podróży było pakowanie. Chciałabym powiedzieć, że zrobiliśmy to w jeden wieczór. Ale tak naprawdę to był proces, który trwał kilka tygodni. Na początek musieliśmy przejrzeć swoje rzeczy oraz zdecydować, których z nich tak naprawdę nie potrzebujemy i stopniowo się ich pozbywać. Trochę przedmiotów rozdaliśmy, trochę sprzedaliśmy, a zarobione pieniądze przeznaczyliśmy na pokrycie części kosztów podróży. Poszło lepiej niż się spodziewałam. Myślę, że pomocne było narysowanie bagażnika w kącie pokoju i składanie w nim rzeczy, z którymi nie chcieliśmy się rozstać. Dzięki temu odpowiednio wcześniej wiedzieliśmy, czy możemy pozwolić sobie na zabranie czegoś o niższym priorytecie przydatności. Wydaje mi się, że poza książkami, rowerem i roślinami niczego mi nie brakuje. Chociaż muszę przyznać, że po kilku miesiącach skusiliśmy się na zakup patelni do naleśników.

Kolejną rzeczą jest dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne za granicą. Przed wyjazdem nie przykładałam zbyt dużej wagi do oferty. Chciałam, aby miało korzystną cenę i warunki, które zapewniały mi jakieś względne poczucie bezpieczeństwa. Sytuacja skomplikowała się po ogłoszeniu pandemii, ponieważ nie każda firma ubezpieczeniowa zgadzała się na pokrycie kosztów leczenia na skutek zakażenia koronawirusem. Wybór opcji został drastycznie uszczuplony. Postanowiłam też pierwszy raz poświęcić trochę czasu na przeczytanie wszystkich warunków oraz kalkulacje, jaka kwota ubezpieczenia będzie odpowiednia. Mam nadzieję, że polisa w ogóle mi się nie przyda. Niemniej jednak świadomość, że ona jest i jest w miarę dobrze dopasowana, daje duży komfort psychiczny.

Podsumowując, nasze koszty związane z wyjazdem to:

  • zakup i opłacenie samochodu,
  • mechanik, wymiana opon, przegląd techniczny,
  • paliwo,
  • ubezpieczenie turystyczne,
  • opłaty za autostrady,
  • nocleg na trasie,
  • paszporty,
  • prom,
  • prowiant na drogę.

Doszedł jeszcze jeden niespodziewany wydatek, czyli łapówka. Był to niezbyt przyjemny moment, chociaż dzisiaj już się z niego śmiejemy. Na pewno jeszcze o tym opowiem.

Do formalności dodałabym jeszcze znalezienie odpowiedniego mieszkania. O ile na Węgrzech nie mieliśmy z tym żadnego problemu (wiedzieliśmy od początku, gdzie i w jakich warunkach chcemy mieszkać), tak na Krecie musieliśmy wziąć pod uwagę kilka rzeczy. Przede wszystkim dobre połączenie z internetem – oboje pracujemy zdalnie, dlatego nie możemy pozwolić sobie na przerwy w połączeniu z siecią. Po drugie – nie mogliśmy mieszkać w apartamencie, potrzebowaliśmy co najmniej dwóch osobnych pokojów (naprawdę ciężko czasami jest ze sobą mieszkać i pracować – zwłaszcza, że ja potrzebuję skupienia, a P. dużo rozmawia przez telefon) i po trzecie -w pełni wyposażona kuchnia i na koniec – ogrzewanie i ciepła woda.

W domach na Krecie nie ma centralnego ogrzewania. Zimą trzeba posługiwać się kominkiem lub petroliną, czyli olejem opałowym. Chyba, że wynajmuje się dom, który jest przygotowany raczej na sezon – na podłodze są płytki, kominek jest raczej ozdobą, a jedyne ciepło można uzyskać z klimatyzatora. Muszę przyznać, że czasami cieplej było na zewnątrz, niż w mieszkaniu. Bywały momenty, że miałam tak skostniałe ręce, że chciało mi się płakać. Na szczęście trwało to krótko, ale wiem, że następnym razem przygotowałabym się lepiej.

dom na Krecie