Celebrowanie sukcesów – tych małych i większych – jest szalenie ważnym rytuałem. Korzyści, które z niego płyną jest wiele i może nie będę skupiała się na ich wymienianiu, żeby nie brzmieć jak jeden z mówców motywacyjnych. Każdy ma pewnie swój własny sposób na to, jak uczcić osiągnięcie celu. Nie ma lepszych i gorszych, wszystkie są tak samo dobre.

My też chcieliśmy uczcić nasz mały sukces. Dlatego postanowiliśmy wyjechać kilka dni wcześniej i zrobić sobie mały urlop w Bieszczadach. Po roku wyrzeczeń i ciężkiej pracy możliwość odpoczynku w cichym, spokojnym i pięknym miejscu wydawała się być najodpowiedniejszą nagrodą. Zwłaszcza dla mnie, ponieważ jeszcze nigdy tam nie byłam, a góry uwielbiam.

bieszczadyJuż sam wyjazd w Bieszczady był wow, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy zrezygnowali z uczczenia sukcesu pysznym jedzeniem. Nie będę ukrywać – uwielbiamy to robić. Kilka kilometrów od Krakowa znajduje się pizzeria, którą prowadzi Włoch ze swoją żoną, Polką. O tamtejszej pizzy słyszałam już trochę od P., ponieważ próbował jej kilka lat wcześniej. Obiecał mi zabrać mnie tam, gdy tylko będzie taka okazja. Zatem idealnie się złożyło.

Na szczęście okazało się, że pizzeria w Skawinie, o której mówił P. nadal istnieje (od ostatniej wizyty minęło kilka lat). Jednak napotkaliśmy inną przeszkodę – w lokalu były tylko 3-4 stoliki, a zatem zabrakło dla nas miejsca. Ale podobno nie ma rzeczy niemożliwych. Pani z obsługi na wieść o tym, że przyjechaliśmy specjalnie, żeby zjeść ich pizzę tak wszystko zorganizowała, że po niecałych 40 minutach życzyliśmy sobie “smacznego”. Chociaż i bez tego doznania smakowe były wyjątkowe. Była to pizza z rodzaju tych, dla których warto zjechać z trasy, spóźnić się do hotelu i obmyślać taki plan powrotu, żeby móc ją zjeść jeszcze raz.

Do Polańczyka dojechaliśmy późnym wieczorem. Moje pierwsze wrażenia nie były dobre. Noc, mgła, serpentyny i brak pasów namalowanych na drodze. Naprawdę zastanawiałam się, po co w ogóle był mi ten wyjazd. Co chwilę powtarzałam tylko „P. zwolnij”, chociaż wolniej jechać się już nie dało. Oczywiście, wszystko przeszło mi już następnego ranka, kiedy z okna pokoju zobaczyłam góry, jezioro i las w pięknych, jesiennych kolorach.

Jak Bieszczady, to nie mogło zabraknąć wejścia na Smerek i spaceru Połoniną Wetlińską. Jest to bardzo popularna trasa, jednak tego dnia oprócz nas było tylko kilku turystów, dlatego mogliśmy w spokoju delektować się wycieczką. Chyba w końcu dotarło do mnie, o co chodzi z często powtarzanym „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Byłam już w kilku miejscach na świecie. I to naprawdę pięknych. Ale żadne z nich nie miało w sobie takiego spokoju, wolności, przestrzeni i poczucia bliskości z naturą. Doznania, których nie był w stanie zepsuć nawet deszcz i chłodny wiatr.

Drugi dzień zaczął się od kawy na tarasie. Niesamowite, że życie nie składa się z rzeczy wielkich, tylko takich małych, codziennych przyjemności. Jedyne, co trzeba zrobić, to w porę je uchwycić. Zbieraliśmy energię, która miała nam wystarczyć na kilkugodzinny spacer na zaporę w Solinie. Niestety, w połowie drogi złapała nas burza i zdecydowaliśmy się zawrócić. Nic się nie stało – żeby schować się przed deszczem zeszliśmy z drogi i odkryliśmy naprawdę uroczy i niezbyt wymagający szlak, którym wróciliśmy do Polańczyka. Cisza, drobny deszcz, natura i brak pośpiechu. Od tamtej pory gdziekolwiek jesteśmy zawsze schodzimy z głównej ścieżki. Dzięki temu często znajdujemy miejsce, które okazuje się być bardziej warte uwagi, niż początkowo obrany cel.

Bardzo chciałam zostać w Bieszczadach dłużej, ale przecież czekała mnie jeszcze większa, być może lepsza przygoda. Czasami zastanawiam się, czy jeszcze tam wrócę. Gdzieś z tyłu głowy jest wciąż schowane marzenie, żeby kupić mały domek pod lasem i przenieść do niego swoje życie. A może moje miejsce okaże się być, gdzie indziej?

bieszczady

Bieszczady